Pozory mylą 3: Brandon I
Gabinet lorda Starka wyglądał zdecydowanie zbyt przytulnie. Powinien być ciemny, a jedyne światło pochodzić z dymiącego kominka. Nieszczelne okna wypuszczałyby całe ciepło, idealnie oddając wieczny lód Rickarda. Ściany zamiast drewnianego pokrycia powinien zdobić jedynie kurz i mech pomiędzy brudnymi, szarymi cegłami, a niewygodne, twarde krzesła kaleczyłyby ciało bardziej niż Żelazny Tron Aerysa Targaryena. Na miękkim, obitym króliczym futrem fotelu Brandon rumienił się wściekle pod czujnym wzrokiem ojca, pełnym niechęci, pogardy i gniewu, nie ognistego lecz lodowego, jak śnieżyca, która stopniowo zasypuje człowieka aż w końcu w chwili śmierci przestaje cokolwiek czuć. Jednak to nie chłód spojrzenia, a wszechogarniające poczucie winy sprawiało, że nie mógł się ruszyć. W klatce piersiowej czuł gwałtowne kołatanie, a po karku spływały kolejne krople potu. Nienawidził tego. – Synu… Musisz nauczyć się odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji za własne czyny. Bękart ze szlachetni...